Wielka Sowa: polecam własne kanapki…

2013.08.11-3Jeśli nie chcesz być głodny podczas wędrówek po Górach Sowich, to lepiej weź z domu kanapki. Bo albo nie kupisz na trasie nic do jedzenia, albo wetkną ci wyschniętą zapiekankę lub nieświeżego hamburgera. I jeszcze powiedzą, że tak ma być! Ale za to piwa można się opić do oporu.

W minioną niedzielę (11 sierpnia br.) wybraliśmy się na wycieczkę w Góry Sowie. Nasz wybór padł na Wielką Sowę. Przyznam, że dawno na tym szczycie nie byliśmy – ostatnio w czerwcu 2006 r., na uroczystości otwarcia wieży po remoncie. Pretekstów odnośnie ponownego zdobycia tego szczytu było kilka – m.in. bierzemy udział w PTTK-owskiej akcji „Turystyczna Rodzinka”, ponadto jedna mała osoba z naszej rodziny zdobywa odznakę „Siedmiomilowe Buty”.

Najłatwiejsza (najprostsza, najszybsza) trasa na Wielką Sowę prowadzi z Przełęczy Sokolej. Wspinając się na szczyt pokonujemy ponad 250 metrów różnicy wysokości. Parkingi na Przełęczy Sokolej to pierwsze zderzenie z szalejącą w tej okolicy komercją. Parkowanie samochodu osobowego – 7 zł. Z przełęczy na szczyt prowadzi szlak czerwony – trasa wydeptana jak autostrada (aż dziw, że jeszcze tu asfaltu nie położyli). Po drodze mijamy trzy prywatne schroniska.

2013.08.11-1Pierwszy obiekt, tuż „nad” przełęczą, to „Chata pod Sową” która posługuje się też nową nazwą „Szyprówka”. Na swojej stronie internetowej piszą oficjalnie, że są pensjonatem. Wstąpiliśmy coś przekąsić, bo małoletnie krzyczały, że głodne. Dwa naleśniki z serem złożone w „kopertę” – 10 zł. Ładnie podane, „na oko” zjadliwe. Młodzież powiedziała, że smakowało. Dorośli postanowili coś konkretnego przekąsić później – na szczycie. Niestety, nie bywają w Górach Sowich – nie znają aktualnych realiów. Po drodze mija się jeszcze prywatne schroniska „Orzeł” i „Sowa”. Na szczycie w wieży jest kiosk. W kiosku dużo rzeczy, ceny komercyjne. Mała kawa w styropianowym kubku – 6 zł. Do jedzenia lody, ciastka i batoniki. Herbatnik maczany w kawie – znakomity! Jak ktoś bardzo głodny, może sobie w kiosku kupić… drewno na ognisko. Cóż, kiełbasy nie wzięliśmy, musimy gdzieś wstąpić na obiad.

2013.08.11-2W drodze powrotnej zaglądamy do schroniska „Sowa”. Klientów średnio; rzut oka na bufet – porcja naszych ulubionych „ruskich” 12 zł (ale kawa już „tylko” 4 zł). Nie przywykliśmy do takich cen – idziemy dalej z myślą, że w „Orle” już coś musimy zjeść. W schronisku „Orzeł” gastronomia w piwnicy – tzn. przybytek nazywa się „Piwnica pod Orłem”. Rzut oka na menu – niby piwnica, ale ceny kosmiczne (np. placek po węgiersku 20 zł! – chyba importowany…). Klientów nawet sporo – część coś je, większość sączy piwo. Szybka decyzja – dla dorosłych: zupa gulaszowa (8,50 zł), hamburger (7 zł), maxi zapiekanka (7 zł) i dwie kawy (po 5 zł); dla dzieci – zapiekanki (po 5 zł). Przyznam, gulaszowa nawet niezła (polecam – lubię takie doprawione). Niestety, hamburger zalatuje starością, zaś zapiekanki to istne wysuszone podeszwy. Trzeba potrafić z mrożonki zrobić dobre danie. Dorośli jakoś te zapiekanki zjadają, ale 3,5-letnie dziecko nie daje rady tego gryźć. Reklamacja w bufecie skutkuje tym, że otrzymujemy… kolejną wysuszoną podeszwę. Kolejna reklamacja wywołuje wielkie oburzenie pani z kuchni, ale interwencja pana (czyżby właściciel?) skutkuje tym, że otrzymujemy… kolejną wysuszoną podeszwę nazywaną tutaj zapiekanką. Zdegustowani opuszczamy ten przybytek sowiogórskiej turystyki. Będziemy omijać to miejsce. Moja konkluzja odnośnie jedzenia w schronisku „Orzeł” jest taka, że jak się nie zna na gastronomii to może należy poprzestać na serwowaniu piwa?! A może pomoże zmiana obsady kuchni?…

I jeszcze jedno – oba obiekty („Sowa” i „Orzeł”) nazywają siebie schroniskami, ale moim zdaniem są to typowe pensjonaty z odpowiadającym im klimatem i cenami. „Orzeł” oblepiony jest reklamami piwa i wydaje się, że gastronomia jest tu zbędnym dodatkiem.

Podsumowanie: nie chcesz być głodny podczas wędrówek po Górach Sowich? – weź gruby portfel lub lepiej własny prowiant. I niestety w Górach Sowich szaleje coraz większa komercja. Komu to nie odpowiada, polecam inne pasma…

[Marek Gałowski]

2013.08.11-4

2013.08.11-5

Reklama:

1 komentarz do “Wielka Sowa: polecam własne kanapki…

  1. Nie przesadzajmy. Ceny w Orle nie są wcale „kosmiczne”. Znam wiele droższych lokali w Kłodzku, Świdnicy czy Dzierżoniowie. Potrawy są jakie są. Ja osobiście jadłem w „Sowie” i w „Orle” normalne obiady i jakoś nie narzekam. Kuchnia wydaje ciepłe i smaczne posiłki. Zapiekanka to nie obiad. To fast-food, więc u rasowego górołaza nie ma zbyt wielkiego powodzenia. Stąd pewnie to podsuszenie i mrożenie.
    Kiosk na szczycie Wlk. Sowy to w końcu tylko kiosk, więc nie ma co spodziewać się tam pizzy czy ruskich. Ale to prawda, że jak się idzie w góry to najlepiej wziąć kanapki i termos. Turystyka piesza i rowerowa (jeszcze) nie generuje tak poważnego ruchu, żeby opłacało się komuś robić restauracje na trasie. Orzeł i Sowa próbują się utrzymać na powierzchni, stąd taka a nie inna forma działalności. Z dwojga złego wolę jednak piwo w Orle niż zabity dechami wrak schroniska z napisem „ZAMKNIĘTE”.

Dodaj swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Rozwiąż równanie: *